05 września 2007

Co o tym sądzicie? Czyli znów Jacek Santorski...

Czarna dziura

Z JACKIEM SANTORSKIM – psychologiem społecznym i biznesu, licencjonowanym trenerem, konsultantem i coachem liderów biznesu, autorem książek m.in.: „Miłość i praca”, „Skutecznie i z klasą”, „Alchemia kariery”– rozmawia Grzegorz Płonka

– W zasadach funkcjonowania Unii Europejskiej zawarte są idee, opierające się na wszechstronnej integracji społeczeństw, zamieszkujących na jej terenie, bez rozróżniania na lepszych czy gorszych, bardziej lub mniej ważnych. W jakim stopniu świadomość społeczna Polaków przyswoiła tego typu unijne wskazania? Czy jesteśmy ludźmi ogarniającymi uwagą i troską wszystkie poziomy życia społecznego?

Z badań psychologów społecznych wynika, że w naszym kraju występuje szczególny, mający różnorodne uwarunkowania, sposób odnoszenia się Polaków do poszczególnych poziomów życia społecznego. Na czym on polega? Otóż po pierwsze – potrafimy angażować się na rzecz spraw własnych i rodzinnych, wykazując przy tym daleko idącą gotowość do poświęceń w wielu sytuacjach życiowych. Aby to zobrazować, podam taki przykład: Jako psycholog biznesu wiem, że w wielu bankach pracuje się nad tworzeniem ofert finansowych dla emerytów w rodzaju – kredyt dla wnuków. Powstają one, gdyż specjaliści bankowi wiedzą, że babcie i dziadkowie, aby wesprzeć swe pociechy, gotowi są zastawić emerytury, a tym samym ponieść ryzyko strat materialnych.

Drugą charakterystyczną naszą cechą jest sposób reagowania w trakcie wyjątkowych, często dramatycznych sytuacjach, w których potrafimy, przynajmniej na pewien czas, zjednoczyć i odnosić się do siebie przyjaźnie. Tego typu reakcje mogliśmy zaobserwować na przykład w chwilach agonii papieża Jana Pawła II, w czasie wydarzeń na Ukrainie czy w momencie katowickiej katastrofy.

Pomimo że na poziomie rodziny i narodu wykazujemy gotowość do zaangażowania i wychodzenia naprzeciwko potrzebom innych ludzi, to nasz sposób odnoszenia się do sąsiadów, środowiska lokalnego jest bardzo obojętny, a nawet wręcz niechętny. Według badań przeprowadzonych w 24 unijnych krajach oraz w Izraelu, jesteśmy na ostatnim miejscu na skali zaufania do innych. Dlatego nie mamy gotowości do sąsiedzkiej pomocy, czyli, na przykład, do wzajemnego organizowania się na osiedlu, wspólnego sprzątania ulic, odśnieżania, ochraniania mienia i tym podobnych. Profesor Janusz Czapiński, w oparciu o wyniki swojej „Diagnozy Społecznej 2005” ogłosił niedawno, że jesteśmy krajem „bez społeczeństwa”. Z kolei prof. Brzeziński miał kiedyś powiedzieć: jesteśmy wspaniałym narodem, ale fatalnym społeczeństwem…

– Przyczyn tego stanu rzeczy jest zapewne wiele. Proszę wymienić najważniejsze spośród nich?

Wg prof. Czapińskiego brak zaufania do ludzi spoza rodziny jest u nas porażający. Proszę zgadnąć ile z 10 osób, mijanych przypadkowo na ulicy, na które Pan spojrzał, pomyśli o Panu wrogo, z nieufnością?

– Dziewięciu?

Brawo! Gratuluję Panu intuicji socjologicznej. Tylko jedna osoba w takiej sytuacji pomyśli o nas w sposób przyjazny, sądząc być może, że jesteśmy gotowi do pomocy lub ciekawi drugiego człowieka. Blisko 90% Polaków odnosi się z niechęcią i nieufnością do ludzi, którzy są o krok dalej niż najbliżsi. Podobnie przedstawia się nasze nastawienie do instytucji i organizacji. Badania „Diagnoza społeczna” wykazały również, że ponad 60% naszych rodaków ma ułożony obraz rzeczywistości w kategoriach „my” i „oni”. W ich świecie istnieją groźni „oni”, których „my” mamy się bać lub zwalczać, bo zagrażają naszej egzystencji lub wyższym wartościom. Dlatego też należy ich „demaskować” i znaleźć kogoś, kto nas uratuje. Jest to tak zwana „poetyka trójkąta dramatycznego”, w której świat dzieli się na „prześladowców”, „ratowników” i „ofiary”. Ludziom, żyjącym w tym schemacie, trudno jest pojąć wieloznaczność, czy wieloprzyczynowość zjawisk społecznych. Na przykład nie potrafią zrozumieć, że w przypadku zawalenia się dachu hali wystawowej w Katowicach mógł zaistnieć splot wielu przyczyn. Chcieliby znaleźć jednego winnego, szybko go wskazać i skazać. Jeśli tak się nie stanie, to powiedzą, że prokuratura czy inne organy państwowe były skorumpowane.

Aby określić dokładnie przyczyny nieufności wobec ludzi spoza rodzinnego klanu, potrzebowałbym pomocy wielu fachowców z różnych dziedzin nauki. Sądzę, że ma ona swoje korzenie jeszcze w czasach zaborów, okupacji hitlerowskiej oraz kilkudziesięciu lat PRL-u. Wówczas to nieufność była wsączana w nasze społeczeństwo, między innymi poprzez szukanie wśród Polaków- kandydatów na agentów, konfidentów, donoszących na swych rodaków czy też zapisywanie na volkslistę i dzielenie na lepszych i gorszych obywateli.

– Jakie działania mogą pomóc w usuwaniu ze świadomości społecznej śladów tych traumatycznych uwarunkowań?

Potrzebujemy tak naprawdę wszyscy czegoś w rodzaju narodowej terapii, która zajmie się tym najważniejszym naszym problemem. Jest takie zjawisko opisywane przez psychologów społecznych, które nazywa się „dylemat więźnia”. Jego istota zawiera się w opowieści o dwóch więźniach przetrzymywanych w pomieszczeniu, w którym na wysokości ponad dwóch metrów znajduje się okienko. Pewnego dnia, ktoś je uchylił, stwarzając możliwość ucieczki. Dylemat więźniów polega na tym, że jeden z nich, nazwijmy go numerem 1, musi posłużyć jako „drabina” dla drugiego. Co ryzykuje numer 1?

– Że numer 2 po wyjściu przez okienko zostawi go.

I to się właśnie nazywa „dylemat więźnia”. Co dalej? Przypuśćmy, że więźniowie dogadają się i uwierzą sobie nawzajem. Wówczas mają szansę na to, żeby się uratować. Jeżeli natomiast nie znajdą wspólnego języka, to „jeden będzie patrzył na drugiego wilkiem” i prysną marzenia o wolności. Z badań profesora Janusza Czapińskiego wynika, że większość z nas próby organizowania się społeczeństwa obywatelskiego traktuje jako pułapkę. Dlaczego ja mam zaangażować się w budowę drogi dojazdowej na osiedlu skoro sąsiad ma 300 metrów, a ja 30? Myślimy – nie ma co ryzykować! Jednak, tak naprawdę, nie obawiamy się wizji nowej rzeczywistości – która ma być za „okienkiem”, - tylko siebie nawzajem. Rozwiązujemy dylemat więźnia negatywnie. Nieufność, „bezinteresowna” zawiść i wrogość są naszym żywiołem. Jest to dla nas duży problem, ale na szczęście potrafimy już dzisiaj go zdiagnozować.

– Społeczeństwo polskie identyfikuje i angażuje się na poziomach rodzinnym i narodowym. Między nimi istnieje luka. Jak ją zniwelować?

Istnieją dwie szkoły, wytyczające kierunki zapełnienia tej luki, zwanej socjologicznie „czarną dziurą”. Pierwsza z nich mówi: Sprzyjajmy, pobudzajmy, organizujmy działania sąsiedzkie, grupowe, samorządowe. Wspierajmy wszelkie spontaniczne i pozytywne zachowania, które ludzie inicjują. Na przykład – grupy samopomocowe, kółka zainteresowań czy organizacje zrzeszające osoby związane wspólnym celem. Druga szkoła, bliższa zdaje się być sprawującym dziś władzę. Szkoła ta głosi: Nie jesteśmy w stanie zapełnić „czarnej dziury” spontanicznym, łagodnym stymulowaniem społeczeństwa przez jednostki terytorialne. Będzie to możliwe tylko dzięki autorytatywnym działaniom państwa. Zwolennicy demokracji słysząc takie deklaracje są zaniepokojeni. Są jednak ludzie, którzy troszcząc się o to, żeby tę „czarną dziurę” jakkolwiek zapełnić mówią: Być może, aby rozwiązać problem trzeba zastosować metodę „ii”, czyli mówiąc w uproszczeniu – i to, i to. Spróbować wykorzystać pozytywy obu szkół i je połączyć.

– Dlaczego sama pierwsza szkoła nie jest w stanie zapełnić „czarnej dziury”?

Prawdopodobnie, dlatego, że w Polsce zaistniała podobna sytuacja jak w byłym ZSRR, w której wystąpiło zjawisko nazwane później przez psychologów społecznych „pomyłką Gorbaczowa”. Na czym ona polega? Gorbaczow, człowiek niewątpliwie wyprzedzający epokę, próbował wprowadzić demokrację metodami demokratycznymi w państwie opartym na dwóch tradycjach – bizantyjskiej i totalitarnej. Nie udało mu się to. Kolejni rosyjscy przywódcy Jelcyn i Putin, biorąc pod uwagę historyczne uwarunkowania, wprowadzają w Rosji namiastkę demokratycznego wolnego rynku, stosując metody autorytarne. Podobnie działa władza w Chinach. Być może bracia Kaczyńscy, obserwując na przestrzeni kilkunastu lat to, co działo się w Polsce, uznali, że pewnego rodzaju działania są nieskuteczne. W kraju rządziły różne opcje polityczne, a większość problemów życia społecznego – pozostaje nierozwiązane. W świadomości społecznej Polaków, silne są tęsknoty za wybawcą – państwem, przywódcą, który poprowadzi masy do dobrobytu. Oczywiście musimy pamiętać o tym, że tego typu działania mogą wywoływać coraz większą polaryzację poglądów politycznych, a to stwarza zagrożenie wejścia w pułapkę, w którą możemy wpaść wszyscy, zarówno ci, którzy myślą – tylko demokracja, bijmy po rękach każdego, kto preferuje autorytarność, jak i zwolennicy działań, opartych na zachowawczej, wręcz fundamentalistycznej części Kościoła, tradycjach narodowych i państwie, w którym nie ma w ogóle miejsca na idee i praktyki liberalno - demokratyczne.

– W jaki sposób, stosując metodę „ii”, można byłoby zintegrować „demokratów” i „autokratów”?

Gdybym dokładnie wiedział, jak to uczynić zapewne prowadziłbym własną kampanię wyborczą. Natomiast myślę, że psycholodzy mogą pomóc, diagnozując zagadnienie. Na pewno obie strony potrzebowałyby świadomości ważności zintegrowania się oraz takiej dyscypliny emocjonalnej, jaką wykazał bramkarz Jerzy Dudek, który jakiś czas temu przeżył straszną awanturę ze swoim trenerem z powodu niemożności występowania w meczach. Po kilku dniach okazało się, że szczęście uśmiechnęło się do Polaka – konkurencyjny bramkarz otrzymał czerwoną kartkę i tym samym nasz zawodnik mógł zagrać mecz. W jednej z gazet dziennikarz zapytał się go, jak to jest możliwe, że z pełnego urazy i złości człowieka mógł w ciągu paru dni zmienić się w osobę zadowoloną, tryskającą energią. Dudek powiedział : Potrzebowałem 2 dni, żeby odreagować stres, a następnie wziąłem się do roboty. Myślę, że my wszyscy, zarówno „demokraci”, jak i „autorytarni” powinniśmy przyjąć taką postawę i szukać wspólnie porozumienia. Zdaję sobie sprawę, że wśród urażonych rządzących polityków, którzy w obliczu mediów nie umieją się pogodzić, jest to trudne, ale nie niemożliwe. Warto byłoby, żeby nasi przywódcy uświadomili sobie, że są w jakiś sposób wzorcami do naśladowania. Aby to zobrazować, podam kolejny przykład ze świata biznesu : Mamy firmę, w której zaistniał konflikt między działami sprzedaży i marketingu. Zarząd zastanawia, się jak zażegnać spory i spowodować, aby te dwie ważne grupy współpracowały ze sobą. Można wydać spore pieniądze i wysłać kilkudziesięciu pracowników obu działów na integracyjny wyjazd, na którym ludzie pójdą wspólnie w góry, napiją się piwa czy pobawią na dyskotece. Tylko po co? Roztropny Prezes firmy postanawia zorganizować konferencję, którą razem poprowadzą dyrektor sprzedaży i marketingu. Pracownicy zobaczą, że ich liderzy dogadują się między sobą i skutecznie współdziałają. Przykład idzie z góry.

Oczywiście może się zdarzyć, że na poziomie państwowym przywódcy polityczni nie są w stanie się porozumieć. Wówczas muszą to uczynić liderzy szczebli wojewódzkich, powiatowych, gminnych czy jeszcze niższych. Jeżeli liderzy lokalni zaczną współpracować ze sobą, niezależnie od układów i różnic politycznych, to pociągną za sobą innych ludzi do spontanicznego i twórczego samoorganizowania się oraz do postrzegania społeczności lokalnej w kategoriach zbioru różnorodnych, pełnoprawnych podmiotów. Wiem, że ten system sprawdza się między innymi na podstawie efektów działań międzynarodowej organizacji Ashoka, wspierającej ludzi potrafiących budować mosty porozumienia pomiędzy różnymi instytucjami i społecznościami. W wzmacnianiu poczynań lokalnych liderów, przyczyniających się do budowania społeczeństwa obywatelskiego, widzę dużą rolę mediów, takich jak miesięcznik „Euroregiony – Polska”, docierający do samorządów lokalnych. Macie Państwo niezwykle istotną misję do spełnienia, z punktu widzenia Polski i Polaków, gdyż jesteście w „strefie zero”. Możecie w waszej gminie zrobić to, czego nie potrafią dziś Panowie Rokita, Tusk i bracia Kaczyńscy.

– Czy w naszym kraju są ludzie, którzy potrafią wcielić się w rolę lokalnych liderów, dbających nie tylko o prywatne sprawy, ale i o wspólne dobro?

Prawdą jest, że gdy nie będziemy szukać predysponowanych do tego osób, inspirować i nagłaśniać ich działania, to mogą one systematycznie wyjeżdżać za granicę. Ludzie operatywni z powodzeniem mogą sobie ułożyć tam życie. Zresztą, warto pamiętać, że Polacy świetnie sprawdzają się w krajach demokratycznych. Dowodzą tego fale emigracyjne, które przeszły przez Polskę w latach 1968, 1970 lub 1980. Nasi obywatele szybko zadomowili się w krajach, w których się znaleźli, stając się ludźmi pracowitymi, zaradnymi i zdyscyplinowanymi. Swoją drogą, to ciekawe, że Polacy potrafią współtworzyć system demokratyczny na obczyźnie, a mają problemy w zbudowaniu własnej demokracji…Powiedziałem „mają problemy”! Znów popełniam ten błąd, – mówię w formie „oni”, a to nie jest tak – to ja nie umiem! Od tego powinienem zacząć – od przyznania się, że jestem współodpowiedzialny za istniejący stan rzeczy. Powiem szczerze, że jeszcze dwa, trzy lata temu nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zresztą wówczas nawet nie zajmowałem się tematyką, która dotyczy omawianej przez nas dzisiaj „czarnej dziury”. Moja refleksje dotyczyły spraw związanych z charakterem naszego narodu albo funkcjonowaniem rodziny i osobistej kariery. „Czarna dziura” znajdująca się w społeczeństwie istnieje także w mojej własnej świadomości…

– Dziękuję za rozmowę."

http://www.euroregiony.pl/html/253.html

Zapraszam do dyskusji.

P.S.

Od razu wyjaśniam, że akurat Santorskiego nie zaliczam do tej kategorii psychologów, o których wspominałam w poprzednim poście... Zbyt długo czytam jego teksty, żeby ostatecznie wyrobić sobie o nim jakąś opinię. W niektórych kwestiach nie zgadzam się z nim, co nie znaczy, że nie biorę "na poważnie" innych jego wypowiedzi.



11 komentarzy:

Lechita pisze...

Rzeczywiście zbyt długo czytałaś teksty p.Santorskiego, żeby zauważyć, że w kwestiach społecznych i politycznych mówi on to samo co ci psycholodzy o których wspominasz, używając nieco innej argumentacji i kulturalniejszego tonu wypowiedzi. Prof.Czapiński jest dyżurnym socjologiem "postępu", który widzi w Polakach daleko więcej wad niż na to zasługują.Brzeziński pożyczający diagnozę od Norwida jest zabawny.
Euroregiony..-czy nie jest symptomatyczne, że wydawane w Katowicach, z błogosławieństwem pani Hubner? Ashoka- piękne idee, tylko nie ma nic za darmo i nie wiem czego zażąda ona od "animatorów" w przyszłości. Może będą kadrą "nowego społeczeństwa"' oczywiście nie opartego o fundamentalistyczny kościół.Nie trzeba szukać operatywnych ludzi, trzeba stworzyć im prawne ramy działania. To wymaga czasu i spokoju, tego czasu obecnemu rządowi nie dano. Prawodawstwo pospiesznie uchwalane w poprzednich kadencjach sejmu nie sprzyjało integracji, przeciwnie, chroniło partykularne interesy grup, nierzadki na granicy przestępczości.Organy państwa niezależne od rządu, a umocowane w przeszłości skutecznie hamowały jego zamierzenia.Tu a nie w naturze ludzkiej leży źródło problemów. nic dziwnego, że Polacy za granicą uczestniczą w strukturach demokratycznych. Nie mają innego wyboru, jeśli nie chcą zejść na margines.Tam zresztą struktury te maja tradycje i doświadczenie, którego nam brakuje.Czarną dziurę znakomicie wypełniał system radziecki, czym to sie skończyło widzieliśmy.

Venissa pisze...

No, no, Lechito! Jestem pod wrażeniem! Z cała pewnością masz bardzo dużo racji i z wieloma tu poruszanymi przez Ciebie kwestiami, zgadzam się.

Problem jednak w tym, że trochę racji w tym, co mówi J.S., jest. Wiele jego spostrzeżeń, pokrywa się z moimi; sęk w tym,że inni dyżurni psycholodzy i idący w ich ślad politycy i dziennikarze, używają tych "treści" w ZŁYM CELU, właśnie dla podkręcania konfliktów, osłabiania przeciwników, czyli ONYCH, czyli Kaczyńskich! Nie zauważyłeś, że do opisywanych tu przez Santorskiego postaw i cech Polaków, doskonale wpasowuje się opozycja i jej zwolennicy? W końcu ta liczba 90%, BARDZO DUŻO NAM MÓWI. A fakt, że nasze społeczeństwo wciąż jeszcze zdradza cechy neurotyczno - paranoidalne, bierze się właśnie z wielu lat niewoli, w jakiej znajdował się nasz kraj.

Wydaje mi się jednak, że to co mówi zwłaszcza Czapiński, jest mocno przesadzone, bo jednak obserwuje się poprawę samopoczucia i zadowolenia z życia Polaków.A nastąpiło to właśnie za rządów Kaczyńskich! Zresztą te najnowsze dane pochodzą właśnie z badań Czapińskiego , więc po części można mu przyznać małego "+" za to,że nie ukrywa tego przed nami:))
Ale Czapińskiego też nie darzę zbytnią sympatią.

Fakt, faktem, że wiele ocen - diagnoz tych dyżurnych autorytetów, jest mocno przesadzonych i przejaskrawionych, a wręcz krzywdzących dla Polaków; ale z drugiej strony,z ręką na sercu przyznaj, czy jednak sam nie widzisz wśród swoich sąsiadów, znajomych zachowań tu opisywanych?

Dużo jest racji i po Twojej stronie i po stronie Santorskiego. I odpowiednie podstawy prawne są tu potrzebne i odpowiednie umiejętności komunikowania się między ludźmi. O tym, że wielu Polaków ich nie posiadła, to i ja się uczyłam; choćby przy omawianiu takich tematów, jak: konflikty rodzinne i przyczyny rozwodów; a w końcu wówczas, gdy była mowa o konfliktach w ogóle! Taka jest prawda, wielu Polaków nie potrafi się ze sobą komunikować: i widać to nie tylko wśród polityków (akurat z moich "terapeutycznych" obserwacji wynika, że najmniej konfliktogennych zachowań jest po stronie PiS-u,a nie na odwrót, jak to próbują sugerować inne autoramenta, tylko po to, by chronić własne jakieś interesy), ale i na wszystkich szczeblach i płaszczyznach życia.Opisywane tu zachowania widziałam i zarówno w światku medycznym (z którym przez pewien czas miałam dość ścisły kontakt), a i pedagogicznym (o, i to jak!), i wśród obecnej młodzieży no a ostatnio i światku dziennikarskim(!!!) itd. itd....I raczej nie chodzi tu o naturę, bo Polak z natury nie jest kimś gorszym, ułomnym, czy rodzi się kaleką emocjonalną i społeczną! To sprawa wyuczona w warunkach wybitnie traumatycznych. Można powiedzieć, ze to co jeszcze widać wśród Polaków, to swoisty syndrom stresu pourazowego.

Pełna zgoda w tym, co tu napisałeś:

"Prawodawstwo pospiesznie uchwalane w poprzednich kadencjach sejmu nie sprzyjało integracji, przeciwnie, chroniło partykularne interesy grup, nierzadki na granicy przestępczości.Organy państwa niezależne od rządu, a umocowane w przeszłości skutecznie hamowały jego zamierzenia."

Pełna zgoda: "Czarną dziurę znakomicie wypełniał system radziecki, czym to się skończyło widzieliśmy." Ale to nie stoi w sprzeczności z tym, co powiedział J.S.Tak mi się przynajmniej wydaje.

Z czym, z całą pewnością z Santorskim się zgodzam:

"nasz sposób odnoszenia się do sąsiadów, środowiska lokalnego jest bardzo obojętny, a nawet wręcz niechętny. Według badań przeprowadzonych w 24 unijnych krajach oraz w Izraelu, jesteśmy na ostatnim miejscu na skali zaufania do innych. Dlatego nie mamy gotowości do sąsiedzkiej pomocy, czyli, na przykład, do wzajemnego organizowania się na osiedlu, wspólnego sprzątania ulic, odśnieżania, ochraniania mienia i tym podobnych."

A co może tak nie jest?

Z tym zgadzam się tylko częściowo:

"Wg prof. Czapińskiego brak zaufania do ludzi spoza rodziny jest u nas porażający. Proszę zgadnąć ile z 10 osób, mijanych przypadkowo na ulicy, na które Pan spojrzał, pomyśli o Panu wrogo, z nieufnością?"

Takie zachowania i wzrok przepełniony nieufnością, a nawet wrogością, widzę wśród ludzi prostych, ze wsi i małych miasteczek: m.in. młodzieży i dokształcających się dorosłych - zwłaszcza prostych kobicin ze wsi! Boże, tam to dopiero paranoidalnego myślenia. Sama tego doświadczyłam na własnej skórze (może Ci kiedyś podam przykłady).

"Badania „Diagnoza społeczna” wykazały również, że ponad 60% naszych rodaków ma ułożony obraz rzeczywistości w kategoriach „my” i „oni”. W ich świecie istnieją groźni „oni”, których „my” mamy się bać lub zwalczać, bo zagrażają naszej egzystencji lub wyższym wartościom. Dlatego też należy ich „demaskować” i znaleźć kogoś, kto nas uratuje. Jest to tak zwana „poetyka trójkąta dramatycznego”, w której świat dzieli się na „prześladowców”, „ratowników” i „ofiary”.

A co, może opozycja tak się nie zachowuje? A przypadek z Havlem i jego sugestie? Kto mu wcisnął do głowy takie paranoidalne myślenie, a? Jaką rolę tu odegrało myślenie Geremka, Michnika, Mazowieckiego?

"Jeżeli natomiast nie znajdą wspólnego języka, to „jeden będzie patrzył na drugiego wilkiem” i prysną marzenia o wolności. Z badań profesora Janusza Czapińskiego wynika, że większość z nas próby organizowania się społeczeństwa obywatelskiego traktuje jako pułapkę. Dlaczego ja mam zaangażować się w budowę drogi dojazdowej na osiedlu skoro sąsiad ma 300 metrów, a ja 30? Myślimy – nie ma co ryzykować! Jednak, tak naprawdę, nie obawiamy się wizji nowej rzeczywistości – która ma być za „okienkiem”, - tylko siebie nawzajem. Rozwiązujemy dylemat więźnia negatywnie. Nieufność, „bezinteresowna” zawiść i wrogość są naszym żywiołem. Jest to dla nas duży problem, ale na szczęście potrafimy już dzisiaj go zdiagnozować."

Ależ ja to widzę od dłuższego czasu, dlatego głosowałam na PiS, bo uważam,że za ten stan rzeczy odpowiedzialne są dawne i obecne środowiska "czerwonych", którzy na szczeblach lokalnych, wciąż sprawują wysokie stanowiska.

"Być może, aby rozwiązać problem trzeba zastosować metodę „ii”, czyli mówiąc w uproszczeniu – i to, i to. Spróbować wykorzystać pozytywy obu szkół i je połączyć."

Jak widzisz, metod Kaczyńskich (nie ma co się oszukiwać, troszku skręcających do autorytarnego kierowania grupą), Santorski nie neguje i widzi w nich także pozytywy.

"Być może bracia Kaczyńscy, obserwując na przestrzeni kilkunastu lat to, co działo się w Polsce, uznali, że pewnego rodzaju działania są nieskuteczne. W kraju rządziły różne opcje polityczne, a większość problemów życia społecznego – pozostaje nierozwiązane. W świadomości społecznej Polaków, silne są tęsknoty za wybawcą – państwem, przywódcą, który poprowadzi masy do dobrobytu."

Wydaje mi się, że jakaś tu racja jest, ale nie widzę tu akurat krytyki ze strony autora w stosunku do Kaczyńskich.

"Oczywiście musimy pamiętać o tym, że tego typu działania mogą wywoływać coraz większą polaryzację poglądów politycznych, a to stwarza zagrożenie wejścia w pułapkę, w którą możemy wpaść wszyscy, zarówno ci, którzy myślą – tylko demokracja, bijmy po rękach każdego, kto preferuje autorytarność, jak i zwolennicy działań, opartych na zachowawczej, wręcz fundamentalistycznej części Kościoła, tradycjach narodowych i państwie, w którym nie ma w ogóle miejsca na idee i praktyki liberalno - demokratyczne."

Może być, ale nie musi; tendencję do polaryzowania społeczeństwa raczej widzę ciągle, bo od 2005 roku wśród opozycji i wciąż jest to podkręcane przez tzw. autorytety i zaślepionych, bądź będących na ich usługach dziennikarzy.

"Myślę, że my wszyscy, zarówno „demokraci”, jak i „autorytarni” powinniśmy przyjąć taką postawę i szukać wspólnie porozumienia. Zdaję sobie sprawę, że wśród urażonych rządzących polityków, którzy w obliczu mediów nie umieją się pogodzić, jest to trudne, ale nie niemożliwe. Warto byłoby, żeby nasi przywódcy uświadomili sobie, że są w jakiś sposób wzorcami do naśladowania."

A co, nie ma tu racji?

"Powiedziałem „mają problemy”! Znów popełniam ten błąd, – mówię w formie „oni”, a to nie jest tak – to ja nie umiem! Od tego powinienem zacząć – od przyznania się, że jestem współodpowiedzialny za istniejący stan rzeczy (...). „Czarna dziura” znajdująca się w społeczeństwie istnieje także w mojej własnej świadomości…"

A to akurat mu się chwali i przyznaję rację; musimy zacząć od siebie...

Andrzej.A pisze...

Pod jednym z Twoich poprzednich wpisów napisałem, że nie czytałem Santorskiego, to nie będę oceniał.
Teraz już mogę. Oto kilka błędów, które można wychwycić w jego tekście.
Ktoś, kto pisze o takich kwestiach powinien chociażby dla przyzwoitości zapoznać się ze stanem tego samego zagadnienia w II RP.
Wtedy na każdej uczelni istniało co najmniej kilka albo i -naście organizacji studenckich - w PRL-u tego nie było, a teraz zaczyna się powoli odradzać.
Każda forma samoorganizacji w PRL-u była tępiona - czy tego Pan Santorski nie wie, nie dotarło, co urodził się wczoraj. To ludzie, a większość obywateli dorosłych w tej chwili w Polsce to wychowało się w PRL-u, tworzą organizacje i wszelkie formy samopomocowe. Gdzie się mieli tego nauczyć skoro nawet jakieś tam stowarzyszenia hodowców kanarków były poddawane kontroli. To co dopiero mówić o grupach innego typu.
To gdzie ludzie mieli się nauczyć tej samoorganizacji - z książek - wolne żarty.
I na koniec błąd najważniejszy aczkolwiek najtrudniejszy do udowodnienia, bo formalnie Santorski pisze prawdę, ale w moim pojęciu to prawdy nie pisze: "...W kraju rządziły różne opcje polityczne, a większość problemów życia społecznego – pozostaje nierozwiązane. ..."
I to jest właśnie fałsz, bo albo rządzili SLD-owcy czyli marksiści ortodoksyjni albo UD (UW) czyli rewizjoniści - stalinowcy.

Nawet jeśli pominiemy ostatni wymieniony przeze mnie błąd jako dyskusyjny i nieoczywisty to poprzednie też faceta mówiąc wprost dyskwalifikują.

Lechita pisze...

Jesteś uzależniona od swojego nauczyciela. Nie mam pretensji do metod terapeutycznych, czy psychoanalitycznych, ale ocena jego tekstu przez podział zdań, a co gorsza myśli jest metodologicznie wątpliwa.Cieszę się, że popiera mnie Andrzej. polubiłem go za "ogon smoka", a teraz widzę, że zgadzamy sie w wielu kwestiach.I w tym, że Santorski jest autorytetem "salonu"
bardziej cywilizowanym od innych.Nie mam pretensji,że go bronisz, tyle czasu tkwiłaś w błędzie, że nie możesz tego uznać od razu.Dobrze jest się czasem posprzeczać, prawda?

Venissa pisze...

@Andrzeju, ale w tym co mówisz, nie wydaje mi się, że jest jakaś sprzeczność pomiędzy Twoimi spostrzeżeniami a J.S.

Oczywiście, że Polacy nie mieli warunków wcześniej do tego, żeby nauczyć się samoorganizacji, czy współpracy, bo raz, że nie mieli ku temu warunków, dwa, że nikt ich tego nie nauczył.

Ta nieufność, o której wspomina psycholog jest właśnie przyczyną nieumiejętności porozumiewania się i współpracy wśród Polaków.
A przyczyny upatruje się w przeszłości:

"Aby określić dokładnie przyczyny nieufności wobec ludzi spoza rodzinnego klanu, potrzebowałbym pomocy wielu fachowców z różnych dziedzin nauki. Sądzę, że ma ona swoje korzenie jeszcze w czasach zaborów, okupacji hitlerowskiej oraz kilkudziesięciu lat PRL-u. Wówczas to nieufność była wsączana w nasze społeczeństwo, między innymi poprzez szukanie wśród Polaków- kandydatów na agentów, konfidentów, donoszących na swych rodaków czy też zapisywanie na volkslistę i dzielenie na lepszych i gorszych obywateli."

A co do klimatów w II RP; wszystko wskazuje na to, że większe w psychice Polaków szkody wyrządziła II W.Ś., i panowanie ZSRR, niż czasy dawnych zaborów; trzeba tylko zauważyć, że i zniewolenie i represjonowanie Polaków było zróżnicowane w różnych zaborach; największy ucisk ponoć panował pod zaborem rosyjskim i pruskim; tam też było najmniej uczelni polskich; ciekawa jestem w związku z tym, jak Polacy funkcjonowali w II RP na tych terenach; to tylko taka dygresja.

Jeśli chodzi o ten drugi wymieniony przez Ciebie błąd, to nie czepiałabym się tak detali; przecież w tych słowach, zacytowanych przez Ciebie, widoczna jest krytyka Santorskiego, skierowana pod adresem poprzednich rządów.

Pozdrawiam

Venissa pisze...

@Lechito,przepraszam bardzo; proszę mi wyjaśnić szerzej następujące Twoje uwagi, bo nie rozumiem:

"ale ocena jego tekstu przez podział zdań, a co gorsza myśli jest metodologicznie wątpliwa."

Co to znaczy metodologicznie wątpliwa? Zacytowałam z jego tekstu to, z czym się zgadzam, a z czym mniej.

I co to znaczy, że tyle czasu tkwiłam w błędzie? To w czym przyznaję mu jakąś rację nie tkwi w bezkrytycznym czytaniu jego książek, tylko w weryfikacji tego, co napisał, odwołując się do własnych doświadczeń; a gdzie nabytych, wspominałam już nie raz.

Sprzeczki mogą być, ale można zmniejszyć ich ładunek, gdy jaśniej komunikujemy się; a muszę przyznać chłopaki, że Wy akurat chyba czepiacie się tego, w czym nie jesteście tak naprawdę w szczególnej sprzeczności z J.S.

Podałam to wyżej

Lechita pisze...

Najpierw przepraszam, ze nie dość jasno sie komunikuję, rzeczywiście Ty komunikujesz sie jaśniej, ja patrzę na całość i oceniam całość, może nie całkiem dokładnie, Ty analizujesz. Np:"Być może bracia K....dobrobytu"- a to co dalej całkiem zmienia sens tej wypowiedzi, albo tylko mi sie tak zdaje.O tym błędzie to może porozmawiamy później, bo to nie tyczy tego tekstu.Jaki ładunek? to jest zimna sprzeczka o ocenę faktów a nie kłótnia z emocjami, przynajmniej u mnie.Przy okazji odniosę sie do zaborów. Nie porównywałbym na jednej płaszczyźnie pruskiego i rosyjskiego. Jeśli w pruskim bili w mordę(Września) i stosowali prawo hakaty, to w rosyjskim wieszali i wywozili kibitkami na Sybir.

Andrzej.A pisze...

@ Venissa
Sprzeczności nie ma, ale z całego tekstu tego wywiadu jak również z tego fragmentu nie wynika żeby Santorski w sposób jawny odnosił się do zaszłości, które wpływają na sytuację bieżącą. Brak zdefiniowania przyczyn rzeczywistych (pierwotnych) a jedynie nazwanie aktualnego problemu nie prowadzi do rozwiązania.

Anonimowy pisze...

Nowa inicjatywa - serdecznie zapraszamy

http://my.uczennice.vi.liceum.salon24.pl/31653,index.html

Venissa pisze...

Dziękuję Drogie Uczennice, zaraz tam zajrzę. Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Tylko jedno zdanie a jakże wiele powiedziane. Mówiąc o czasach wojny p.Santorski pisze czy mówi "okupacja hitlerowska". Otóż okupacja NIEMIECKA panie Santorski, NIEMIECKA. "Nieufność, „bezinteresowna” zawiść i wrogość są naszym żywiołem". Każdy widzi to do czego sam ma predyspozycje albo co mu każą. Jak Pan może mówić, że 9 na 10 moich rodaków odnosi się do mnie niechętnie? Wiem zgoła co innego. Czy siedział Pan kiedyś z obcymi całkiem ludźmi o świcie nad jeziorem i dogasającym ogniskiem? Śpiewał Pan pieśni partyzanckie i patriotyczne? Czuł Pan wrogość? Budował Pan kiedyś obóz harcerski i prycze z desek? Panie Santorski, chyba waść z "komandosów", o tak, oni czuli wrogość do akumów.