Czarna dziura
Z JACKIEM SANTORSKIM – psychologiem społecznym i biznesu, licencjonowanym trenerem, konsultantem i coachem liderów biznesu, autorem książek m.in.: „Miłość i praca”, „Skutecznie i z klasą”, „Alchemia kariery”– rozmawia Grzegorz Płonka
– W zasadach funkcjonowania Unii Europejskiej zawarte są idee, opierające się na wszechstronnej integracji społeczeństw, zamieszkujących na jej terenie, bez rozróżniania na lepszych czy gorszych, bardziej lub mniej ważnych. W jakim stopniu świadomość społeczna Polaków przyswoiła tego typu unijne wskazania? Czy jesteśmy ludźmi ogarniającymi uwagą i troską wszystkie poziomy życia społecznego?
– Z badań psychologów społecznych wynika, że w naszym kraju występuje szczególny, mający różnorodne uwarunkowania, sposób odnoszenia się Polaków do poszczególnych poziomów życia społecznego. Na czym on polega? Otóż po pierwsze – potrafimy angażować się na rzecz spraw własnych i rodzinnych, wykazując przy tym daleko idącą gotowość do poświęceń w wielu sytuacjach życiowych. Aby to zobrazować, podam taki przykład: Jako psycholog biznesu wiem, że w wielu bankach pracuje się nad tworzeniem ofert finansowych dla emerytów w rodzaju – kredyt dla wnuków. Powstają one, gdyż specjaliści bankowi wiedzą, że babcie i dziadkowie, aby wesprzeć swe pociechy, gotowi są zastawić emerytury, a tym samym ponieść ryzyko strat materialnych.
Drugą charakterystyczną naszą cechą jest sposób reagowania w trakcie wyjątkowych, często dramatycznych sytuacjach, w których potrafimy, przynajmniej na pewien czas, zjednoczyć i odnosić się do siebie przyjaźnie. Tego typu reakcje mogliśmy zaobserwować na przykład w chwilach agonii papieża Jana Pawła II, w czasie wydarzeń na Ukrainie czy w momencie katowickiej katastrofy.
Pomimo że na poziomie rodziny i narodu wykazujemy gotowość do zaangażowania i wychodzenia naprzeciwko potrzebom innych ludzi, to nasz sposób odnoszenia się do sąsiadów, środowiska lokalnego jest bardzo obojętny, a nawet wręcz niechętny. Według badań przeprowadzonych w 24 unijnych krajach oraz w Izraelu, jesteśmy na ostatnim miejscu na skali zaufania do innych. Dlatego nie mamy gotowości do sąsiedzkiej pomocy, czyli, na przykład, do wzajemnego organizowania się na osiedlu, wspólnego sprzątania ulic, odśnieżania, ochraniania mienia i tym podobnych. Profesor Janusz Czapiński, w oparciu o wyniki swojej „Diagnozy Społecznej 2005” ogłosił niedawno, że jesteśmy krajem „bez społeczeństwa”. Z kolei prof. Brzeziński miał kiedyś powiedzieć: jesteśmy wspaniałym narodem, ale fatalnym społeczeństwem…
– Przyczyn tego stanu rzeczy jest zapewne wiele. Proszę wymienić najważniejsze spośród nich?
– Wg prof. Czapińskiego brak zaufania do ludzi spoza rodziny jest u nas porażający. Proszę zgadnąć ile z 10 osób, mijanych przypadkowo na ulicy, na które Pan spojrzał, pomyśli o Panu wrogo, z nieufnością?
– Dziewięciu?
– Brawo! Gratuluję Panu intuicji socjologicznej. Tylko jedna osoba w takiej sytuacji pomyśli o nas w sposób przyjazny, sądząc być może, że jesteśmy gotowi do pomocy lub ciekawi drugiego człowieka. Blisko 90% Polaków odnosi się z niechęcią i nieufnością do ludzi, którzy są o krok dalej niż najbliżsi. Podobnie przedstawia się nasze nastawienie do instytucji i organizacji. Badania „Diagnoza społeczna” wykazały również, że ponad 60% naszych rodaków ma ułożony obraz rzeczywistości w kategoriach „my” i „oni”. W ich świecie istnieją groźni „oni”, których „my” mamy się bać lub zwalczać, bo zagrażają naszej egzystencji lub wyższym wartościom. Dlatego też należy ich „demaskować” i znaleźć kogoś, kto nas uratuje. Jest to tak zwana „poetyka trójkąta dramatycznego”, w której świat dzieli się na „prześladowców”, „ratowników” i „ofiary”. Ludziom, żyjącym w tym schemacie, trudno jest pojąć wieloznaczność, czy wieloprzyczynowość zjawisk społecznych. Na przykład nie potrafią zrozumieć, że w przypadku zawalenia się dachu hali wystawowej w Katowicach mógł zaistnieć splot wielu przyczyn. Chcieliby znaleźć jednego winnego, szybko go wskazać i skazać. Jeśli tak się nie stanie, to powiedzą, że prokuratura czy inne organy państwowe były skorumpowane.
Aby określić dokładnie przyczyny nieufności wobec ludzi spoza rodzinnego klanu, potrzebowałbym pomocy wielu fachowców z różnych dziedzin nauki. Sądzę, że ma ona swoje korzenie jeszcze w czasach zaborów, okupacji hitlerowskiej oraz kilkudziesięciu lat PRL-u. Wówczas to nieufność była wsączana w nasze społeczeństwo, między innymi poprzez szukanie wśród Polaków- kandydatów na agentów, konfidentów, donoszących na swych rodaków czy też zapisywanie na volkslistę i dzielenie na lepszych i gorszych obywateli.
– Jakie działania mogą pomóc w usuwaniu ze świadomości społecznej śladów tych traumatycznych uwarunkowań?
– Potrzebujemy tak naprawdę wszyscy czegoś w rodzaju narodowej terapii, która zajmie się tym najważniejszym naszym problemem. Jest takie zjawisko opisywane przez psychologów społecznych, które nazywa się „dylemat więźnia”. Jego istota zawiera się w opowieści o dwóch więźniach przetrzymywanych w pomieszczeniu, w którym na wysokości ponad dwóch metrów znajduje się okienko. Pewnego dnia, ktoś je uchylił, stwarzając możliwość ucieczki. Dylemat więźniów polega na tym, że jeden z nich, nazwijmy go numerem 1, musi posłużyć jako „drabina” dla drugiego. Co ryzykuje numer 1?
– Że numer 2 po wyjściu przez okienko zostawi go.
– I to się właśnie nazywa „dylemat więźnia”. Co dalej? Przypuśćmy, że więźniowie dogadają się i uwierzą sobie nawzajem. Wówczas mają szansę na to, żeby się uratować. Jeżeli natomiast nie znajdą wspólnego języka, to „jeden będzie patrzył na drugiego wilkiem” i prysną marzenia o wolności. Z badań profesora Janusza Czapińskiego wynika, że większość z nas próby organizowania się społeczeństwa obywatelskiego traktuje jako pułapkę. Dlaczego ja mam zaangażować się w budowę drogi dojazdowej na osiedlu skoro sąsiad ma 300 metrów, a ja 30? Myślimy – nie ma co ryzykować! Jednak, tak naprawdę, nie obawiamy się wizji nowej rzeczywistości – która ma być za „okienkiem”, - tylko siebie nawzajem. Rozwiązujemy dylemat więźnia negatywnie. Nieufność, „bezinteresowna” zawiść i wrogość są naszym żywiołem. Jest to dla nas duży problem, ale na szczęście potrafimy już dzisiaj go zdiagnozować.
– Społeczeństwo polskie identyfikuje i angażuje się na poziomach rodzinnym i narodowym. Między nimi istnieje luka. Jak ją zniwelować?
– Istnieją dwie szkoły, wytyczające kierunki zapełnienia tej luki, zwanej socjologicznie „czarną dziurą”. Pierwsza z nich mówi: Sprzyjajmy, pobudzajmy, organizujmy działania sąsiedzkie, grupowe, samorządowe. Wspierajmy wszelkie spontaniczne i pozytywne zachowania, które ludzie inicjują. Na przykład – grupy samopomocowe, kółka zainteresowań czy organizacje zrzeszające osoby związane wspólnym celem. Druga szkoła, bliższa zdaje się być sprawującym dziś władzę. Szkoła ta głosi: Nie jesteśmy w stanie zapełnić „czarnej dziury” spontanicznym, łagodnym stymulowaniem społeczeństwa przez jednostki terytorialne. Będzie to możliwe tylko dzięki autorytatywnym działaniom państwa. Zwolennicy demokracji słysząc takie deklaracje są zaniepokojeni. Są jednak ludzie, którzy troszcząc się o to, żeby tę „czarną dziurę” jakkolwiek zapełnić mówią: Być może, aby rozwiązać problem trzeba zastosować metodę „ii”, czyli mówiąc w uproszczeniu – i to, i to. Spróbować wykorzystać pozytywy obu szkół i je połączyć.
– Dlaczego sama pierwsza szkoła nie jest w stanie zapełnić „czarnej dziury”?
– Prawdopodobnie, dlatego, że w Polsce zaistniała podobna sytuacja jak w byłym ZSRR, w której wystąpiło zjawisko nazwane później przez psychologów społecznych „pomyłką Gorbaczowa”. Na czym ona polega? Gorbaczow, człowiek niewątpliwie wyprzedzający epokę, próbował wprowadzić demokrację metodami demokratycznymi w państwie opartym na dwóch tradycjach – bizantyjskiej i totalitarnej. Nie udało mu się to. Kolejni rosyjscy przywódcy Jelcyn i Putin, biorąc pod uwagę historyczne uwarunkowania, wprowadzają w Rosji namiastkę demokratycznego wolnego rynku, stosując metody autorytarne. Podobnie działa władza w Chinach. Być może bracia Kaczyńscy, obserwując na przestrzeni kilkunastu lat to, co działo się w Polsce, uznali, że pewnego rodzaju działania są nieskuteczne. W kraju rządziły różne opcje polityczne, a większość problemów życia społecznego – pozostaje nierozwiązane. W świadomości społecznej Polaków, silne są tęsknoty za wybawcą – państwem, przywódcą, który poprowadzi masy do dobrobytu. Oczywiście musimy pamiętać o tym, że tego typu działania mogą wywoływać coraz większą polaryzację poglądów politycznych, a to stwarza zagrożenie wejścia w pułapkę, w którą możemy wpaść wszyscy, zarówno ci, którzy myślą – tylko demokracja, bijmy po rękach każdego, kto preferuje autorytarność, jak i zwolennicy działań, opartych na zachowawczej, wręcz fundamentalistycznej części Kościoła, tradycjach narodowych i państwie, w którym nie ma w ogóle miejsca na idee i praktyki liberalno - demokratyczne.
– W jaki sposób, stosując metodę „ii”, można byłoby zintegrować „demokratów” i „autokratów”?
– Gdybym dokładnie wiedział, jak to uczynić zapewne prowadziłbym własną kampanię wyborczą. Natomiast myślę, że psycholodzy mogą pomóc, diagnozując zagadnienie. Na pewno obie strony potrzebowałyby świadomości ważności zintegrowania się oraz takiej dyscypliny emocjonalnej, jaką wykazał bramkarz Jerzy Dudek, który jakiś czas temu przeżył straszną awanturę ze swoim trenerem z powodu niemożności występowania w meczach. Po kilku dniach okazało się, że szczęście uśmiechnęło się do Polaka – konkurencyjny bramkarz otrzymał czerwoną kartkę i tym samym nasz zawodnik mógł zagrać mecz. W jednej z gazet dziennikarz zapytał się go, jak to jest możliwe, że z pełnego urazy i złości człowieka mógł w ciągu paru dni zmienić się w osobę zadowoloną, tryskającą energią. Dudek powiedział : Potrzebowałem 2 dni, żeby odreagować stres, a następnie wziąłem się do roboty. Myślę, że my wszyscy, zarówno „demokraci”, jak i „autorytarni” powinniśmy przyjąć taką postawę i szukać wspólnie porozumienia. Zdaję sobie sprawę, że wśród urażonych rządzących polityków, którzy w obliczu mediów nie umieją się pogodzić, jest to trudne, ale nie niemożliwe. Warto byłoby, żeby nasi przywódcy uświadomili sobie, że są w jakiś sposób wzorcami do naśladowania. Aby to zobrazować, podam kolejny przykład ze świata biznesu : Mamy firmę, w której zaistniał konflikt między działami sprzedaży i marketingu. Zarząd zastanawia, się jak zażegnać spory i spowodować, aby te dwie ważne grupy współpracowały ze sobą. Można wydać spore pieniądze i wysłać kilkudziesięciu pracowników obu działów na integracyjny wyjazd, na którym ludzie pójdą wspólnie w góry, napiją się piwa czy pobawią na dyskotece. Tylko po co? Roztropny Prezes firmy postanawia zorganizować konferencję, którą razem poprowadzą dyrektor sprzedaży i marketingu. Pracownicy zobaczą, że ich liderzy dogadują się między sobą i skutecznie współdziałają. Przykład idzie z góry.
Oczywiście może się zdarzyć, że na poziomie państwowym przywódcy polityczni nie są w stanie się porozumieć. Wówczas muszą to uczynić liderzy szczebli wojewódzkich, powiatowych, gminnych czy jeszcze niższych. Jeżeli liderzy lokalni zaczną współpracować ze sobą, niezależnie od układów i różnic politycznych, to pociągną za sobą innych ludzi do spontanicznego i twórczego samoorganizowania się oraz do postrzegania społeczności lokalnej w kategoriach zbioru różnorodnych, pełnoprawnych podmiotów. Wiem, że ten system sprawdza się między innymi na podstawie efektów działań międzynarodowej organizacji Ashoka, wspierającej ludzi potrafiących budować mosty porozumienia pomiędzy różnymi instytucjami i społecznościami. W wzmacnianiu poczynań lokalnych liderów, przyczyniających się do budowania społeczeństwa obywatelskiego, widzę dużą rolę mediów, takich jak miesięcznik „Euroregiony – Polska”, docierający do samorządów lokalnych. Macie Państwo niezwykle istotną misję do spełnienia, z punktu widzenia Polski i Polaków, gdyż jesteście w „strefie zero”. Możecie w waszej gminie zrobić to, czego nie potrafią dziś Panowie Rokita, Tusk i bracia Kaczyńscy.
– Czy w naszym kraju są ludzie, którzy potrafią wcielić się w rolę lokalnych liderów, dbających nie tylko o prywatne sprawy, ale i o wspólne dobro?
– Prawdą jest, że gdy nie będziemy szukać predysponowanych do tego osób, inspirować i nagłaśniać ich działania, to mogą one systematycznie wyjeżdżać za granicę. Ludzie operatywni z powodzeniem mogą sobie ułożyć tam życie. Zresztą, warto pamiętać, że Polacy świetnie sprawdzają się w krajach demokratycznych. Dowodzą tego fale emigracyjne, które przeszły przez Polskę w latach 1968, 1970 lub 1980. Nasi obywatele szybko zadomowili się w krajach, w których się znaleźli, stając się ludźmi pracowitymi, zaradnymi i zdyscyplinowanymi. Swoją drogą, to ciekawe, że Polacy potrafią współtworzyć system demokratyczny na obczyźnie, a mają problemy w zbudowaniu własnej demokracji…Powiedziałem „mają problemy”! Znów popełniam ten błąd, – mówię w formie „oni”, a to nie jest tak – to ja nie umiem! Od tego powinienem zacząć – od przyznania się, że jestem współodpowiedzialny za istniejący stan rzeczy. Powiem szczerze, że jeszcze dwa, trzy lata temu nie zdawałem sobie z tego sprawy. Zresztą wówczas nawet nie zajmowałem się tematyką, która dotyczy omawianej przez nas dzisiaj „czarnej dziury”. Moja refleksje dotyczyły spraw związanych z charakterem naszego narodu albo funkcjonowaniem rodziny i osobistej kariery. „Czarna dziura” znajdująca się w społeczeństwie istnieje także w mojej własnej świadomości…
– Dziękuję za rozmowę."
http://www.euroregiony.pl/html/253.html
Zapraszam do dyskusji.
P.S.
Od razu wyjaśniam, że akurat Santorskiego nie zaliczam do tej kategorii psychologów, o których wspominałam w poprzednim poście... Zbyt długo czytam jego teksty, żeby ostatecznie wyrobić sobie o nim jakąś opinię. W niektórych kwestiach nie zgadzam się z nim, co nie znaczy, że nie biorę "na poważnie" innych jego wypowiedzi.